[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Tłum wydał wrzask zachwytu. Trudno przywyknąć  powiedział Jean za plecami Andrewa. Po co przywykać? Przecież nie zamierzamy być do końca swoich dni niewolnika-mi Oktina Hasza!Do starego szamana z dwóch stron podskoczyli wojownicy i wzięli ciężkie serce.Dzwignęli je wysoko na rękach  krew kapała im na twarze i ramiona  i ponieśli do35 Oktina Hasza.Wódz wyjął nóż, pochylił się, odkroił pasemko mięsa i włożył je do ust.%7łuł kawałekserca, a tłum podskakiwał z zachwytu. Z nimi zamierzasz walczyć?  zapytał Andrew, odwracając się do Aksela.Aksel zniknął. Jean, gdzie on jest?  zapytał Andrew.Jean zajrzał do namiotu. Tam go nie ma  powiedział. Tak myślałem.Uciekł!Wprost nad ich głowami rozległ się ostry krzyk.Oktin Hasz podjechał do nich bezszelestnie.Jego wargi były umazane krwią.Jean odpowiedział cicho na jego pytanie. O co pytał? Zapytał, gdzie jest trzeci.Powiedziałem, że niedługo wróci.Boli go brzuch, a niechciał brudzić w namiocie.Ta odpowiedz Oktina Hasza nie zadowoliła.Głośno gwizdnął.Natychmiast wszyscy w obozowisku zapomnieli o dinozaurze.Zaczęło się zamiesza-nie, jak w mrowisku, które skropiono wrzątkiem.Wojownicy podbiegli do jeńców i wepchnęli ich do namiotu. Idiota  Jean rąbnął pięścią w środkową podporę namiotu. Smarkacz!Jean wdał się w kłótnię z wojownikami, którzy coś do niego krzyczeli.Nieoczekiwanie  jakby ktoś zatrzymał zegar  zamieszanie ustało.Jeden z wojowników stojących przed wejściem do namiotu coś powiedział. Mówi, że go schwytali.Do namiotu wszedł Oktin Hasz. Zły niewolnik nie jest gospodarzowi potrzebny  powiedział, patrząc naAndrewa, i lekko się uśmiechnął. Ty rozumiesz, ty jesteś wodzem.Jean dodał od siebie: Obawiam się, że go zabili. Ja też  powiedział Andrew.Oktin Hasz spokojnie przysłuchiwał się rozmowie jeńców.Kiedy uznał, że już dość się nagadali, wypowiedział długie zdanie, które wytrąciłoJeana z równowagi tak dalece, że zaczął się z dzikusem spierać.Oktin Hasz niemal żar-tobliwie pogroził mu nahajką i poszedł sobie. Co on znowu wymyślił? Powiedział, że pojedziesz z czarownikiem do świątyni czarownic.Jesteś wodzem.Czarownice, a może wiedzmy, nie wiem, jak należy przełożyć określenie tych istot, cze-kają na ciebie.A ja zostanę tutaj.Jestem mu potrzebny, bo znam ich język.Powiedziałem36 mu, że nie chcemy się rozstawać.A on.sam widziałeś! Co to za świątynia? Nie byłem tam.To gdzieś w górach.Sądząc ze zdjęć satelitarnych niczego cieka-wego tam nie ma.Już zaczęło się ściemniać, w namiocie było mroczno, w wejściu czerniały nierucho-me sylwetki wojowników.Andrewowi wydało się, że pod ścianą namiotu stoi Aksel, aleto było jedynie wspomnienie o Akselu.Bruce pragnął wierzyć, że Aksel żyje, tylko zo-stał od nich oddzielony, i dlatego nie rozmawiał o nim z Jeanem. Masz jakiś plan?  zapytał Jean.Filolog miał dziwny zwyczaj  rozmawiając, zacierał ręce, jakby zamierzał opowie-dzieć jakiś bardzo śmieszny kawał. Poczekajmy, aż się zupełnie ściemni.Sądzę, że w nocy wszyscy tu będą spać.Musimy dotrzeć do koni.Bez koni natychmiast nas złapią. Nigdy nie jezdziłem konno  powiedział Jean przepraszającym tonem. Innego wyjścia nie ma.Musimy liczyć na to, że planeta jest stale obserwowana zestatku. A jak im damy o sobie znać?Andrew wzruszył ramionami.Płachta przy wejściu odsunęła się i bryłowata postać szamana zasłoniła niebo.Piskliwy głos wypełnił cały namiot. On mówi  w głosie Jeana brzmiała rozpacz  że masz wyjść. To znaczy, że nasze plany ulegną pewnej modyfikacji  powiedział Andrew, sta-rając się, żeby głos brzmiał spokojnie. Czekaj na mnie.Wszystko będzie w porząd-ku.Jean podszedł do Andrewa.Jego oczy wydawały się w półmroku czarne i ogromne.Jean bał się.Jeszcze nigdy w życiu nie zostawał sam wśród ludzi, którym było wszystkojedno czy ktoś żyje, czy nie.Podał Andrewowi rękę  zimną i wilgotną.Objęli się.Szaman kołysał się w otworze wejściowym.Jean poszedł za Andrewem ku wyjściu, gdzie jeden z wojowników zagrodził mu dro-gę.Na pokrytym kurzem placyku czekała grupka jezdzców.Czarownika podsadzonoz honorami na krzepkiego konia, który ugiął się pod jego ciężarem.Andrewa bezce-remonialnie wrzucono na grzbiet kosmatej kobyłki i związano mu nogi pod jej brzu-chem.Ruszyli.Po bokach jechali wojownicy.Odwróciwszy się, Andrew zobaczył, że w obozowisku panuje ruch.Z niektórych na-miotów pościągano skóry, pozostawiając jedynie ogromne kły mastodontów tworzące37 ich szkielet.Spod końskich kopyt wzbijały się tumany kurzu [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • czarkowski.pev.pl
  •